Uwaga, to nie jest galaretka!

Zdarza mi się bywać w kraju po zachodniej stronie Odry, tak jakoś przez 3/4 roku. Jeszcze 2 miesiące temu było to po mnie troszeczkę widać, zgadnijcie dlaczego.

Reklamy

Macie 3 sekundy na odpowiedź. Jeden…. dwaa….

Tak, chodzi o słodycze! Bo o ile Niemieckie jedzenie samo w sobie nie jest specjalnie pyszne, o czym świadczą choćby relacje mojej amerykańskiej znajomej, która na wakacjach w Niemczech… schudła. Natomiast wszystkie grzechy tej kuchni gładzą słodycze, a ich jakość jest pewnie dla was tak samo oczywista jak dla mnie. Co jakiś czas będę wstawiał krótkie zestawienia niemieckich słodyczy, których wy możecie nie znać, a które w tamtejszych marketach dla plebsu można dostać właściwie za grosze.

Na pierwszy ogień idzie Erstab….erfrichsuhurungs…erfrichstu… Jezus, nieważne, zdjęcie opakowania macie na górze. Są to kruche, słodkie… cosie o smaku owocowych icetea. I teraz, nie dajcie się zwieźć pozorom, bo wbrew temu co się wam wydaje, to wcale nie są galaretki. To są niezwykle słodkie herbatki oblane czekoladą. W STANIE CIEKŁYM, NIE STAŁYM. Wyobraźcie sobie tylko moją minę, gdy wziąłem pierwszy kęs, cały czas wyobrażając sobie, że to galaretki, takie jak te z Biedronki. Tym bardziej miałem niezły ubaw gdy dałem je do posmakowania koledze. Możecie mi teraz nie wierzyć, wiem. Zdecydowałem wam się to udowodnić, w najbardziej ciekawy sposób na jaki tylko mogłem wpaść.

Podczas kręcenia tego materiału ucierpiało jakieś 7 batoników.

No dobra, okej, ale jak to smakuje, zapytacie.

Smakuje to jak… icetea. Dokładnie jak takie najtańsze icetea z supermarketu za 2 złote. Nie to jest jednak najważniejszym i zarazem najbardziej osobliwym aspektem tego produktu. Chodzi o to, że mój mózg nie jest w stanie do końca pogodzić się z konsystencją tego łakocia. Tuż przed konsumpcją, nie jestem po prostu w stanie pokonać swoich oczekiwań co do konsystencji – mózg uważa, że zje za chwilę galaretkę owocową w czekoladzie, w ustach żuję, chrupką polewę, a zamiast spodziewanego gęstego nadzienia otrzymuje eksplozję taniego, lecz przyjemnego smaku, rozprowadzanego poprzez kropelki zimnej herbaty rozpryskującej się o podniebienie. Bardzo doceniam innowacyjność tego produktu, lecz jeśli mam być szczery, to nie uważam, by świat był na to gotowy. Ja na pewno nie byłem na to gotowy i nadal chyba nie jestem, o czym świadczy fakt, iż większość tego niewielkiego wszak opakowania zużyłem podczas prób nagrania gifa, na którym miażdżę jeden batoniczek.

Niemniej nie sądzę, by był to z mojej strony zakup nietrafiony. Lubię nowe doświadczenia, uwielbiam poznawać nowe rzeczy. Kupiłem nawet dwa opakowania, więc zawsze to jakiś dodatkowy cukier i nadprogowe kalorie. Nie byłem na to gotowy, ale polecam. Więc jeśli tylko znajdziecie się kiedyś w niemieckim Lidlu, a wszystko dookoła was wydawało się będzie takie obce i nieznane, na początek powinniście kupić trzy rzeczy: czekoladę orzechową Fin Carre, Mikado oraz Erfrisschugunhungusnieumiemtegoprzeczytać-Staben. Z pewnością każdy powinien tego spróbować, bo to jest tak dziwne, że aż fajne.

Z pozdrowieniami, Maciej

Kamień z serca

Jeszcze nie tak dawno, bo jakieś dwa miesiące temu, albo i cztery, nie jestem pewien, poznałem dziewczynę o niecodziennym guście do mężczyzn. Wolała grubych, wiedzieliśmy to od samego początku – ja, że ona woli tęgich, a ona, że ja wiem, że ona takich lubi. Zacząłem się obżerać jak nigdy, kalorii nie liczyłem. Ona do tego zachęcała, ja…

…z chęcią i oddaniem to robiłem. Dopiero po jakimś czasie kilokalorie policzyłem, codziennie dobijałem do 5000, choć nie byłem tego wcześniej świadom. Przytyłem 9 kilo. Nagle ona przestała się odzywać i przepadła.

Niedługo potem poznałem inną, zdecydowanie grubszą. Lubiliśmy razem chodzić do Maca, a fakt, iż ten był dosłownie pod jej domem bardzo ułatwiał sprawę. Tyłem dalej. Potem zacząłem się odchudzać, dla niej. Czułem wobec niej taki obowiązek, lubiła mnie takiego jaki jestem, lecz ja chciałem lepiej. Przestałem jeść czekolady, obiady zacząłem jadać skromniejsze. Nie objadałem się już w pracy. Ograniczyłem cukier. I schudłem te 10 kilo.

Wtedy ona odeszła. W zasadzie ja odszedłem, ale dalej nie wnikam. W życiu przecież ludzie przychodzą o odchodzą, prawda? Wróciły więc tłuste obiadki, przekąski, czekolady. Przytyłem 6 kilogramów. Co będzie dalej? Chyba sam chciałbym się dowiedzieć. Może by tak wrócić do ciemnego chleba i chińszczyzny z ryżem?

Witaj na moim nowym blogu. Ja nazywam się Maciej, tak zresztą wołają znajomi, gdy czegoś chcą, i będę prowadził dla was tego bloga, a przynajmniej mam taką nadzieję, a na pewno szczere chęci. Jestem feederem i wielbicielem krągłego wydania kobiecości (szczerze, im krąglejszego, tym lepiej!), a jak też widać powyżej – nie tylko. Będę starał się zaciekawić Was moimi tekstami, których wspólnym mianownikiem będzie temat karmienia lub/oraz ogólnie znajdowania się powyżej prawidłowego poziomu wskaźnika BMI – co dla ciała nie musi być wcale zdrowe, lecz dla duszy – owszem, jak najbardziej.

Wątpię by ktokolwiek przeczytał ten wpis, lecz jeśli już to zrobiłeś i udało Ci się to dotrwać aż tutaj, dziękuję i mam nadzieję, że nie żałujesz.

Więc tak oto zaczyna się ten blog. Obiecuję, że nie zawiodę!

Z gorącymi pozdrowieniami, Maciej